Rozdział drugi
Dryń! – usłyszałem dzwonek budzika.
Kolejny dzień. Kolejne godziny w szkole. Kolejne samotnie
spędzone chwile z samym sobą. Cholerny ciąg rutyny. Mam nadzieję, że ten dzień
spędzę jakoś inaczej. No tak, moi rodzice pewnie wrócili już po wczorajszym
,,biznesowym spotkaniu”. Może dzisiaj nigdzie nie będą wychodzić i będę mógł z
nimi trochę pogadać? Nie wiem, czy jest o co się łudzić, ale warto mieć
nadzieję. Zabrałem czyste bokserki z sobą i udałem się do mojej prywatnej,
ogromnej łazienki. Zastanawiałem się po co. Moglibyśmy mieć jedną, wspólną. W
końcu ktoś to musi sprzątać. Zapomniałem, moi rodzice maja tyle kasy, że nawet
płacą za sprzątanie, gotowanie obiadów, pranie i za inne rzeczy, którymi w
normalnym domu zajmuje się mama. Jednak nie u mnie. Nie miałem dziś ochoty na
śniadanie. Umyłem zęby, ułożyłem włosy i zacząłem się ubierać. Najbardziej
lubię zakładać kolorowe spodnie i t-shirt w paski. Bez problemu znalazłem fajne
ciuchy, spakowałem plecak i zszedłem na dół. Ku moim oczom ukazał się przykry
obrazek. Moi rodzice leżeli na kanapie tak nawaleni, że chyba nie widziałem
osoby z większym kacem, który dawał powoli o sobie znać. Nawet Zain, który lubi sobie wypić nigdy nie był w
takim stanie. Byli tak pochłonięci rozmową, że nawet nie zauważyli, że wychodzę
do szkoły. Tam, gdzie mogę z kimś pogadać. Tam, gdzie nie jestem sam.
Gdy byłem już pod szkołą zobaczyłem chłopaka, który biegnie
w moją stronę. Domyśliłem się, że to Niall. Stanąłem i poczekałem na niego.
-Hej, co tam u ciebie?- zapytał i zaczął głęboko oddychać ze
zmęczenia.
-Do dupy. Moi rodzice tak się upili, że kompletnie mnie nie
zauważyli. Ale pomijając życie rodzinne to całkiem ok- odpowiedziałem, a łza
zakręciła mi się w oku.
-Nie przejmuj się. Oni tacy są. Nie są warci mieć tak
wspaniałego syna – rzekł Niall i widząc że małe rumieńce pojawiły się na moich
policzkach przytulił mnie.
-Dzięki Ci za wszystko - powiedziałem.
-Masz jakieś plany na wieczór?- zapytał.
-A co, chcesz mnie zaprosić na randkę? –odrzekłem.
-Może innym razem – uśmiechnął się – pytam się bo wiesz,
moja siostra ma bierzmowanie niedługo i musi chodzić na takie spotkania. Moi
rodzice są dzisiaj u babci, a ja chciałem się pouczyć na jutrzejszą poprawę z
matmy. Po prostu, czy mógłbyś iść z nią dzisiaj o 18?
-Jasne, możesz na mnie liczyć – uśmiechnąłem się z myśli, że
ktoś mnie potrzebuje – będę po nią około 17:30.
-Dzięki. Odwdzięczę się na pewno. A teraz chodź, bo zaraz
spotkanie z panem Payn’em – powiedział i weszliśmy razem do szkoły.
Lekcje angielskiego nie były wcale takie złe. Pan Payne to
chyba najfajniejszy nauczyciel z całej szkoły. Nasze lekcje wyglądają tak:
zrobienie jednej strony ćwiczeń, powtórzenie całego materiału, a przez następne
30 min gadamy na różne tematy. Nawet zwykły nauczyciel potrafi sprawić, że
czuję się lepiej na głupiej lekcji angielskiego, niż we własnym domu. Wychodząc
z mojego pokoju do ludzi i wchodząc do niego z powrotem zakładam maskę. Nie
chcę, by ktoś pomyślał, że ze mną dzieje się coś nie tak. Nie chcę mieć
problemów z innymi. Nienawidzę rozmawiać z obcymi o swoim życiu. Taki jestem,
po prostu.
Kolejny dzień minął, jak każdy. Ale pomyślałem, że skończy
się inaczej. W końcu miałem iść z siostrą Nialla do kościoła. Nie wiem po co,
ale zobaczymy czego dzisiejsi księża uczą młodzież. Opuszczając mury szkoły
dotarło do mnie, że czuję się w niej lepiej. Chciałbym jeszcze zostać, ale nie
mogłem uciekać z problemami, które i tak na mnie czekają.
Gdy wszedłem do domu, usłyszałem rozmowy moich rodziców. O
tym, że właśnie podpisali wczoraj kontrakt z nową firmą. To pewnie dlatego tak
się upili. Nie ważne. Zrobiłem sobie na szybko kanapkę i poszedłem do pokoju
trochę się pouczyć. Miałem tylko
godzinę. Jak zawsze wyrobiłem się z czasem. Zszedłem na dół trzymając w
ręku telefon. Włożyłem buty i zarzuciłem płaszcz. Wszedłem do salonu i widząc
moja mamę krzyknąłem:
-Idę się trochę zaopiekować siostrą Nialla, bo mnie poprosił.
-Ok, nie ma sprawy- odpowiedziała czytając gazetę.
-Będziecie dzisiaj w domu? – zapytałem.
-Raczej tak – odpowiedziała nie patrząc na mnie.
-Ok, to do zobaczenia – odrzekłem, bo wiedziałem, że muszę
już wychodzić.
Dom Nialla znajdował się około pięć ulic z tąd. Pomyślałem,
że się przejdę. Chyba mi to dobrze zrobi. Gdy szedłem rozmyślałem o tym co może
być w kościele. Nie chciałem wspominać mojej sytuacji rodzinnej. Po co. I tak
się rozkleję, a nie chce wyglądać jak jakaś ciota przed siostrą Nialla –
pomyślałem. Droga zajęła mi około 10 min. Zapukałem. Mój przyjaciel otworzył mi
drzwi. Jego siostra podeszła do mnie przywitała się z uśmiechem i wyszliśmy.
Lubię ją. Zawsze chciałem mieć młodsze rodzeństwo. Może to i dobrze, że nie
mam, bo byłoby tak źle traktowane jak ja. Bez miłości.
Pogadałem sobie z Lucy. Opowiedziała mi o swojej koleżance,
z którą się pokłóciła, o tym, że się zakochała w chłopaku i o tym, że niedługo
zbliża się bal, a ona nie ma się w co ubrać. Pomyślałem, że to problem każdej
kobiety. Ona nagle zatrzymała się, a ja nawet nie zauważyłem, że znajdujemy się
pod kościołem. Weszliśmy i usiedliśmy w ławce. Przez chwilę poczułem się jak
starszy brat. Było to fajne uczucie. Nagle wszedł ksiądz. Zaczęliśmy się modlić
i takie tam. Po chwili usłyszałem temat dzisiejszego spotkania: ,,Osoby bi i
homoseksualne to nie ludzie”. Pomyślałem, że wyjdę, ale nie mogłem jej tego
zrobić. Ona przecież nic nie wiedziała. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w głos
kapłana…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz